Moje piersi- mój wybór

czwartek, listopada 12, 2015

Nie mam w zwyczaju i niestety nigdy nie udaje mi się napisać tekstu na zapas, tym razem post był zapisany w wersji roboczej kilka tygodni po urodzeniu Aleksandra. 

Tekst osobisty z moimi odczuciami, przemyśleniami i bez grosza oceniania innych kobiet.
 Nigdy wcześniej, chociaż jestem mamą dwójki maluchów nie przyszło mi do głowy, aby dzielić się swoją historią i słać w czeluście internetu historię swoich poczynań z karmieniem piersią, opowiastkami jak było, dlaczego się skończyło i co skłoniło mnie do tego, że ta przygoda została zakończona bez fajerwerków.
Problem był jeden. Dość istotny. Ja po prostu tego nie lubię. Nie lubię karmić piersią.
I tu zatrzymamy się na chwilę. Opowiem Ci swoją historię, bez przekonywania Cię do swoich racji. Bez wysłania serdecznego wirtualnego uścisku czy też odsyłania na terapię dla osób, które nie radzą sobie z najprostszymi rzeczami, a są prawdziwe i szczere do bólu. Bo właśnie ten tekst będzie szczery. Bez spinania się, że pod teksem pojawi się komentarz, który nie powinien się pojawić, bez burmuszenia się, że czytając to stwierdzisz, że masz już dość czytać o cudzych cyckach. Tekst będzie na tyle szczery i prawdziwy, że być może odnajdziesz tu kawałek siebie. 

 Mam dwójkę maluchów. Dwója maluchów wychowana od małego na mleku sztucznym. 
Przy pierwszym dziecku, nie myślałam że moja przygoda zakończy się tak szybko. Będąc w ciąży, w ogóle nie brałam tego pod uwagę, że nie uda mi się karmić piersią. Przecież to logiczne, są cycki jest mleko, czy też będzie dziecko będzie cyc. Nie wczytywałam się w żadne porady laktacyjne, nie czytałam artykułów ani sposobów na pobudzenie laktacji. Kupiłam jedynie herbatkę laktacyjną, którą wypiłam może dwa razy ze względu na jej ohydny smak i tyle. Nie wczytywałam się w artykuły, gdyż byłam święcie przekonana, że pojadę do szpitala, urodzę, przystawią mi dziecko do piersi i będę je karmić. Poza tym wychodziłam z założenia, że po co mam sobie głowę zaprzątać jakimiś artykułami, jeśli każda kobieta ma inne nastawienie, inne ciało i swój rozum. Ja po prostu nie szukałam pomocy, bo jej wtedy nie potrzebowałam. 
 Pierwsze dziecko, pierwszy poród w pełni rozumie się dopiero gdy na świat przychodzi kolejne dziecko. Bo każda z Nas ma w trakcie ciąży wizję lukrowego macierzyństwa, malutkich i słodkich rączek oraz tego delikatnego uśmiechu podczas snu. Ciemna strona macierzyństwa przychodzi dopiero wtedy gdy uświadamiasz sobie, że musisz zejść na ziemię i nic w życiu nie jest bananie proste. Dziecko to nie zabawka, którą można odłożyć gdy w pewnym momencie poczujesz się zmęczona, odechciewa Ci się wszystkiego bądź chociaż na spokojnie chcesz posiedzieć sama w kiblu. Takie poczucie bezradności, brak siły i sto pytań najczęściej rodzi się w kobietach podczas pobytu w szpitalu. Pierwsze doby w tych murach, gdzie nie możesz dobrze piardnąć i jeszcze trafia Ci się współlokatorka, którą po mimo tego, że urodziła bliźniaków ma takie poczucie humoru, że w nocy włącza sobie na telefonie odcinki ,,Przyjaciół'' są chyba najgorsze z najgorszych. Tu już wtedy zaczyna się walka o psychikę, swoje ciało i te cholerne łzy, które lecą Ci gdy musisz wstać kilka godzin po porodzie do dziecka i zacząć wszystko robić sama. Oczywiście pomaga Ci mąż, rodzina czy też położna, ale to nie o to chodzi. Ty musisz sama zrobić wszystko po swojemu i zacząć oswajać się z nowym życiem. 
 Poród z Polą rozpoczął się siłami natury, jednak ze względów medycznych w mgnieniu oka znalazłam się na stole operacyjnym. Po cesarskim cięciu leżałam kilkanaście godzin na sali pooperacyjnej gdzie donoszono mi małą tylko żebym mogła się z nią zobaczyć. Nikt wtedy nie przystawił mi dziecka do piersi! Urodziłam przed 16. O 21 pożegnałam się z mężem, który mógł spędzić ze mną tyle godzin na sali oraz z córeczką, która przebywała z Nami gdy mąż był obecny. W nocy miałam przejście na salę ogólną, gdzie o godzinie 7 rano przynieśli mi Polę do karmienia. Ok, pomyślałam sobie wtedy będę karmić. Nie byłam w dobrej formie fizycznej przez te kilka godzin po porodzie oraz moja psychika również zaczynała szwankować. Przystawiłam dziecko do piersi i się zaczęło. Płacz, nerwy, stres oraz bezsilność. Miałam przy sobie wtedy położną, która zamiast mi pomóc, po dwieście razy przystawiała mi Polę do piersi na tysiąc różnych sposobów, tak że w pewnym momencie poprosiłam aby przestała. Wyciągałam piersi, próbowałam dać jeść i nic! Młoda darła się w niebogłosy, a współlokatorka, która potrafiła nakarmić bliźnięta, patrzyła na mnie jak na ofiarę losu. Położne nie chciały współpracować, a ja nie miałam ochoty współpracować z nimi. Próbowałam sama, jedna już teraz wiem że moje próby były tak puste, że to nie mogło się udać. Od początku założyłam, że nic z tego nie wyjdzie, a w między czasie tłumaczenie, że moje dziecko nie naje się z takich piersi, jeszcze bardziej uświadomiło mnie, że nie dam rady i nie chcę próbować. 
 Spędziłam w szpitalu 2 doby, wróciłam do domu z niesamowitym bólem piersi. Były olbrzymie, twarde a moje dziecko płaczące, krzyczące i Bóg wie co jeszcze. 
W pierwszej chwili pomyślałoby się, że pewnie pojechała kupić mieszankę czy też w zaciszu własnego mieszkania próbuje przystawić swoje dziecko do piersi. Otóż nie. Byłam spokojna, po mimo tego bólu, krzyku  małej i wewnętrznego stresu, który mnie od środka paraliżował. Postanowiłam, że zakupię elektryczny laktator, który będzie karmił moje dziecko. Wytrzymałam tak 2,5 miesiąca, przez ten czas może z dwa razy próbowałam dostawić do piersi. Nie czułam tego, po mimo że Pola zaczynała kumać o co w tym wszystkim chodzi. Z biegiem czasu wiem, że nie lubiłam swoich piersi, które próbowały dać coś od siebie. Nie znosiłam tego dźwięku urządzenia, podstawiania butelek i analizowaniu czy przygotować dwie, trzy butle, a może dziś poleci tylko kropelka? Najgorsze było pilnowanie czasu, podłączanie się do całego sprzętu, który po mimo wszystko spisywał się na medal i działał idealnie. Kontrola czasu, nocne wstawanie, tak aby zdążyć przed pobudką malucha, bo przecież ono budzi się po to, żeby zjeść to co ja kilka minut wcześniej wyprodukowałam z własnych piersi. Dni mijały, ja byłam zmęczona, dziecko płaczące, a moje życie wyglądało jak rubryka w, której można odznaczać krzyżykiem kolejny dzień. Nie potrzebowałam w domu nawet kalendarza, gdyż każdy dzień wyglądał identycznie. Nie pasowało mi to i strasznie się męczyłam. Nie dbałam o to jak wyglądam, że mam na sobie bluzkę z ogromnymi plamami, rzęsy nie pomalowane, te same legginsy co trzy dni temu, włosy zaczesane w kucyk. Mi przeszkadzał stan mojego umysłu. Nie myślałam kompletnie o niczym jak o karmieniu. O godzinach w których muszę wcześniej się przygotować do tego karmienia, gdzie mogłabym w tym momencie chociaż chwilę odpocząć. Eh, nawet moje ciało mnie nie cieszyło, a z lecących kilogramów nie dostrzegałam w ogóle. 
Tak minęło kilka miesięcy, a mój instynkt macierzyński został delikatnie przyciemniony. Byłam zła, że moje myśli krążą gdzie indziej, zamiast cieszyć się swoją kruszynką, która tak bardzo mnie potrzebowała.  
 Przeszłam na mieszankę. Miewałam wyrzuty sumienia. Złość na samą siebie, że się poddałam, że nie zrobiłam kompletnie nic i przez mieszkankę moje dziecko będzie inne. Nie wiem co ja wtedy sobie myślałam? Że w dowodzie będzie napisane, że ta obywatelka była karmiona sztucznie, a może ktoś będzie wytykał mnie palcami że podaję butle? Złościłam się, bo nie znajdowałam wytłumaczenia. Te wyrzuty sumienia stawały się czasami tak silne, jakbym zrobiła w swoim życiu najgorszą zbrodnię. Dość długo czułam się taka niepotrzebna, niedołężna i bezwartościowa. Skoro matka nie potrafi wykarmić swojego dziecka, czy powinna być matką? Bzdura, prawda?
 Gdy dowiedziałam się, że za kilka miesięcy na świecie pojawi się drugie dziecko, zgadnij o czym na samym początku pomyślałam? Jaki plan w głowie sobie przygotowałam i na czym skupiałam swoją uwagę przez 9 miesięcy ciąży? Nic innego, jak karmienie piersią. Przeczytałam kilka artykułów, zaopatrzyłam się w nowy sprzęt, moja szafka w łazience była przepełniona wkładkami laktacyjnymi. Nawet lepsze, droższe staniki sobie kupiłam! I co? Tu sytuacja jest odwrotna i niesie ze sobą odpowiedź czy można mieć wyrzuty sumienia, gdy nie karmi się własnego dziecka piersią, czy jest coś takiego jak totalny brak instynktu do tego wszystkiego i czy istnieje pojęcie, że po prostu się tego nie lubi. 

 Drugi poród, również cesarskie cięcie. Podobny schemat z tym, że Olka przystawiono od razu do piersi po przeniesieniu mnie na salę pooperacyjną. Tego dnia w szpitalu był niezły sajgon. Tyle pacjentek na raz, na oddziele nie było już dawno, poza tym byłam 4 po cięciu. W sali byłyśmy aż w cztery, z czego za kila godzin gdy ulokowałam się na sali, jednak z Nas już przechodziła do sali ogólnej. Żadna z Nas nie miała siły rozmawiać, dzieli się swoim szczęściem czy też wymieniać informacjami i poradami. Byłam bardzo zmęczona, zdecydowanie planowane cięcie nie wpłynęło na mój organizm dobrze, gdyż noc wcześniej w ogóle nie zmrużyłam oczu, z czego w tym ważnym i stresującym dniu byłam tak zmęczona, że jedyne o czym myślałam to mała drzemka. Olek był ze mną na sali przez cały czas. Opiekował się nim mąż i jedynie przystawiał do piersi, kiedy maluszek tego potrzebował. Tuliłam, całowałam, wpatrywałam się w te błękitne duże oczy i powoli odlatywałam ze zmęczenia. Karmiłam. Jak wiadomo, takie nowonarodzone dziecko nie potrzebuje hektolitrów mleka, stąd kilka kropelek mu wystarczało. Z przystawieniem do piersi nie było problemu. Mały ssał, nie krzyczał, był zadowolony i spokojny... Szkoda tylko, że kolejny dzień i kolejna noc nie była już taka piękna. 
Schemat ten sam: spanie, przebieranie, karmienie i tak w kółko. Na drugą dobę Olek nie miał ochoty na pierś. Nie chciał ssać, nie potrafił poprawnie złapać, był niespokojny i nie było w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że ja przewidziałam taki scenariusz. I byłam pewna, że tak będzie wyglądać Nasza mleczna przygoda. Oczywiście próbowałam przystawić do piersi i przyznaję, że nawet kilka razy się udało i mały się uspokoił, jednak wtedy trafiło we mnie to ,,coś'' o, którym mowa cały czas w tym tekście. 
 Poczułam, że ta cała otoczka karmienia piersią nie jest dla mnie. Nie czuję tego w ogóle, nie wstydzę się tego i nie mam ani grama poczucia wyrzutów sumienia, że tak do tego podchodzę. Wiem, dlaczego dwa lata temu, gdy leżałam na tej samej sali miałam poczucie winy, po prostu nie wiedziałam, że nie będę tego lubić. Po mimo wszystko, że z piersi Olek mógł się najeść i delikatnie sobie przy tym postękiwała, ja próbowałam złapać tą całą bliskość, która tworzy się między matką a dzieckiem nie czułam tego ciepła, zaangażowania i tego o czym mówi się przy karmieniu piersią.
Niestety, ale absolutnie nie rozczula mnie obraz kobiet, które karmią , ani też nie mam jakiegoś obrzydzenia na widok matki, która karmi. Ja mam w sobie taką obojętność! Nie rozczulam się tylko dlatego, że jest mi to po prostu nie dane, nie odwracam się na pięcie i nie zamykam oczu tylko dlatego, że jest to dla mnie normalny, ludzki obraz. 
Gdy natykam się na historię kobiet, które opisują swoje cierpnie, żal do samej siebie i te poczucie winy, gdy nie dały rady karmić piersią, bądź szybko się poddały i nie jest dobrą matką to szczerze? Szlak mnie trafia! Po tych wszystkich wyrzutach sumienia, które dopadały mnie przy Poli jestem sama na siebie niesamowicie zła, że również przez coś takiego przechodziłam. Jak można myśleć i nie czuć się kobieto tylko dlatego, że zwyczajnie nie polubiło się karmienia tak jak natura od Nas tego oczekuję? Każda matka chciałaby dla swojego dziecka jak najlepiej jednak momentami mam wrażenie, że stajemy na rzęsach i dajemy się totalnie zwariować! Wiem jedno, że nie mogę sama siebie osądzać i nikt nie może przypinać mi łatki, że jestem inna niż wszystkie, tylko dlatego że nie mam potrzeby karmić piersią swoje dziecko. Gdy słyszę o wszystkich bólach, zaciskaniu zębów również jest mi żal tego wszystkiego. Żal mi, że my kobiety musimy naprawdę wiele wycierpieć w życiu, poddać się i zrobić wszystko, żeby żyło się lepiej. Jestem szczęśliwa, że miałam możliwość spróbować jak to jest i zrozumieć dlaczego w mojej głowie panował taki chaos i byłam skazana na samym początku na niepowodzenie. Zrozumiałam, że nie każda kobieta jest taka sama, myśli tak samo, czuję tak samo i jest odzwierciedleniem żyjącego ideału. Nie jestem w stanie polubić tej całej bliskości, cieszyć się otoczką trzymania malucha przy piersi. Nie chcę na siłę robić czegoś, czego nie polubiłam na samym początku. Nie próbuję uświadamiać sobie, że jest to najpiękniejszy cud między matką a dzieckiem. Dla mnie najważniejsza jest miłość, którą dałam swojemu dziecko od pierwszego dnia, gdy jeszcze na monitorze komputera widniała malusieńka kropeczka. Wszystkie aspekty zdrowotne, oczywiście do mnie przemawiają i wcale nie twierdzę i nie upieram się, że karmienie piersią w żaden sposób nie wpływa na odporność dziecka. Byłabym szalona, gdybym w to nie wierzyła, jednak mam także idealny przykład, że dzieci wychowane na mieszance rozwijają się równie dobrze i rosną jak na drożdżach. 
 Podsumowując, te wszystkie wyrzuty sumienia, które mi towarzyszyły rozwiała druga ciąża, która uświadomiła mi że nie mam w sobie instynktu, aby karmić piersią swoje maluchy. Niestety u mnie instynkt macierzyński nie połączył się z instynktem karmienia naturalnie i nie mam z tego powodu poczucia, że jestem gorsza od mam, które karmiły i karmią swoje maluszki naturalnie. Gdzieś głęboko kibicuję każdej mamie, która zaczyna swoją mleczną drogę i nigdy nie mam w zwyczaju przekonywać do sztucznego karmienia. Każda z Nas ma swój rozum i wie, co dla niej a także jej dziecka będzie najlepsze. Poza tym bywają sytuację, których po mimo wielu prób nie da się przeskoczyć. Mam jednak swoją małą zasadę, której bronię rękoma i nogami, nikt nigdy nie przekona mnie, że przechodząc na karmienie sztuczne, robimy to wyłącznie z wygody. Mama, która karmi piersią dobrze wie, że wygodą można nazwać właśnie karmienie naturalnie i nie ma tu nawet cienia, aby w aspekcie wygody butle wygrały. Swojego myślenia nie zmienię i wiem, że nie jestem mi dane zaprzyjaźnić się ze swoimi piersiami na tyle, aby poczuć na nich swojego maluszka. 
 Wiecie jednak co jest w tym najpiękniejsze? Jesteśmy różne, często nie potrafimy się zgrać, porozumieć i mamy odmienne zdania, jednak jako matka idealnie znamy swoje ciało, czytamy w swoich myślach i tylko my wiemy co dla własnego dziecka jest najlepsze, a przy okazji potrafimy uwierzyć, że po burzy zawsze wychodzi słońce. 
Przecież najważniejsze jest, aby żyć w zgodzie z samym sobą i być szczęśliwym, bo szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dziecko.

 Jeśli masz ochotę podzielić się swoją historią, napisać kilka zdań bądź podzielić się tym tekstem- śmiało! Jednak jeśli ten tekst absolutnie Ci nie odpowiada i masz odmiennie zdanie, do którego masz prawo zapomnij, że w ogóle to czytałaś i nie próbuj udowadniać mi, że jestem gorsza od Ciebie. Możemy się tak umówić? 

D.







Przeczytaj również

0 komentarze

Facebook

Prawa autorskie

Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć i tekstu, przetwarzanie (w całości lub części) bez mojej zgody. W przypadku nieuszanowania praw autorskich na podstawie art.78, art.81 Ustawy o Prawie Autorskim oraz prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r. sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.