Opowiem Wam part II

wtorek, lutego 17, 2015

Kontynuacja historii która zdarzyła się naprawdę...




 Cholerny, pluszowy renifer nie dawał mi spokoju. Nie dlatego, że pragnęłam gapić się godzinami w pluszową zabawkę, tylko po głowie chodziło mi jedno: jak to mogło się stać, że jako jedyna nie dostałam od niego nic! 
 Czy aby na pewno pamiętał, że gdy tylko przekraczał próg sklepu, gapiłam się na niego i wzdychałam niczym główna bohaterka w telenoweli?
On przyjeżdżał  do sklepu raz w tygodniu, a mi nie dawało to spokoju. 



 Którejś listopadowej środy przyjechał uśmiechnięty w markowej, granatowej koszuli i zalotnie się uśmiechał.
Postanowiłam zrobić poważniejszy krok i poprowadziłam kilka zdań. Nie musiałam ciągnąć go za język. Był tak otwarty, a jego przyjemny głos przyprawiał mnie o ciarki na skórze, że jedyne o czym myślałam w tej chwili to tylko: chwilo trwaj! 
 Pod koniec kilkuminutowej rozmowy, weszliśmy na temat cholernego renifera! Ja cichutko się podśmiewałam, a on próbował ratować sytuację i tłumaczyć się jakimś głupim systemem. 
Do głowy by mi nie przyszło, że zwykła maskotka przyniesie tyle zmian w moim życiu...
 Odjechał. 
Ja zamiast wrócić do rzeczywistości i odczytać kolejnego smsa, który zalegał w mojej skrzynce z pytaniem "Dlaczego nie odpisujesz?!", stałam jak wryta i przyglądałam się jak odjeżdża. 
Ta kolejna kilkuminutowa rozmowa przeniosła mnie w inny świat. Teraz pisząc ten tekst, zastanawiam się czy jest coś silniejszego od prawdziwej, szczerej miłości? 

 Wracając do domu po pracy cały czas zastanawiałam się czy nie napisać do niego wiadomości, krótkiego smsa? Wymyśliłam nawet treść! Byłam szczęśliwa, dopóki nie zorientowałam się, że przecież nigdy nie miałam i pewnie nie będę miała jego prywatnego numeru...
Zbliżał się weekend, a ja byłam myślami z obcym mężczyzną, którego tak naprawdę nie znałam, o którym prawie nic nie wiedziałam. Jedyne czego byłam wtedy pewna to, że spotkamy się w kolejną środę...
Tak też było!

 Środa 7 grudnia.
Sytuacja dość podobna.
On w koszuli z uśmiechem na twarzy, ja układająca towar, który zalegał na zapleczu.
Wchodząc w drzwi uśmiechał się serdecznie trzymając za plecami coś, co sprawiło, że jesteśmy małżeństwem.
 W ręku trzymał figurkę święcącego renifera, który co chwilę zmieniał kolor. 
Malutki, szklany renifer, który do dnia dzisiejszego cieszy nasze oko, po mimo tego, że już nie świeci.
Ten prezent był specjalnie dla mnie! 
Zdziwiłam się! 
Nie miałam wtedy urodzin, imienin w ogóle nie obchodzę a Matki Boskiej Zielnej jest jakoś w sierpniu.
 Po kilku minutach, wyjął swój prywatny telefon gdzie na tapecie miał dziwnego Mikołaja przebranego w całkowicie inny strój niż teoretycznie nosi Święty! 
Zapytał czy może wysłać jako tapetę, tak abym do kompletu miała jeszcze Świętego, dziwnego Mikołaja.
Pomyślałam, czemu nie?!
Pobiegłam po swój telefon na zaplecze, uruchomiłam przysyłanie bluetooth, aby chłopaka nie naciągać na koszty z wysyłaniem mms-a, a tu ni z gruszki ni z pietruszki, pytanie:

-,,Czy mogę wysłać Ci to mms-em?"
-,,Jasne. '' - odpowiedziałam. 

 Dziwny facet! 
Ma niezły telefon więc funkcje bluetooth ma na pewno, sekunda roboty, a on bawi się w wysyłanie mms-ów. Dobra niech wysyła!
Dopiero gdy wróciłam do domu zorientowałam się, że to wszystko było zaplanowane. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, gdy odczytałam sms-a z numeru, którego wcześniej dostałam tego okropnego Mikołaja.
Do tej pory zastanawiam się, kto takiego szkaradnika wymyślił :)

 Pisałam bez przerwy. Wykupywałam pakiety darmowych sms-ów, a palce od klawiatury bolały mnie niemiłosiernie. Chyba jako nastolatka, nie wypisałam tyle sms-ów.
W piątek po 19 odebrałam telefon, że też wcześniej żadne z Nas nie wpadło na ten pomysł. 
Rozmowy trwały do północy, a ja zamiast ziewać w słuchawkę, słuchałam, opowiadałam i śmiałam się jak głupia! 
Odkładając prawie rozładowany telefon, na ekranie widniało sporo sms-ów, trochę innej treści, nie od NIEGO.

 Przyszła sobota, a ja poprosiłam aby w ciągu tych dwóch dni nie pisał, nie dzwonił. 
Znał sytuację. Wiedział, że jestem zaręczona, a w 2013 roku biorę ślub.
Teraz wiem, że był cierpliwy, a ja głupia!
 Nie pisaliśmy w niedzielę, nie rozmawialiśmy. Jedynie w ciągu pracy w sobotę do godziny 14, wymienialiśmy się dwoma, max trzema sms-ami. 
W domu kilka razy próbowałam pisać ukratkiem, gdzieś w łazience, kotłowni. Udawało się, a ja nie miałam żadnych wyrzutów sumienia! Już wtedy wiedziałam, że jestem w odpowiednim momencie swojego życia, a 100 kilometrów ode mnie jest ktoś do kogo moje serce bije szybciej.
Bałam się, jednak serce podpowiadało coś innego.

 Kolejny tydzień, kolejna środa. Spotkaliśmy się w sklepie, a po pracy u Niego. 
Okłamałam mamę, że muszę zostać dłużej w pracy. Szef kazał.
Rozmawialiśmy, wymienialiśmy się poglądami i ukratkiem wysyłaliśmy sobie sygnały, że to wspaniały wieczór. 
W telefonie czekał na mnie tylko jeden sms- jego też okłamałam. Nie miałam innego wyjścia. 
Teraz myślę, że byłam chyba dość odważna, aby okłamać najbliższych na poczet faceta, do którego bardziej biło mi serce. 

 Kłamstw było coraz więcej, więcej telefonów.
Spotkania odbywały się pod pretekstem: bo szef kazał, bo koleżanka prosi, aby u niej nocować, itp.
Wówczas:
Zakochiwałam się coraz bardziej.
Coraz bardziej nie chciałam weekendów.
Czułam się wyjątkowa.
Czułam, że w końcu mam z kim porozmawiać, tak po prostu.
Miałam do kogo się uśmiechać.
Byłam potrzebna.

Uświadamiałam sobie, że tak wygląda świat szczęśliwej kobiety.
Poznawałam go coraz bardziej, a moje serce otwierało się na nową miłość z każdym dniem, z każdym telefonem.
jednak...
zamykało się przed miłością z 5 lat.
Miłością, która przez ten czas nie dostrzegała nic, nie widziała, że coś jest nie tak, a jej druga połówka serca przebywa w przestworzach.

 Lada moment Święta Bożego Narodzenia, a ja myślałam jak będzie wyglądać Wigilia gdzie dzieląc się opłatkiem , siedząc przy jednym stole będę okłamywać najbliższych, że wszystko jest dobrze i w moim życiu nie dzieje się nic, oprócz miłości, którą właśnie przeżywam...
 Dwa dni przed Wigilią byłam u Niego. Ubieraliśmy razem choinkę, w plastikowe kolorowe bombki. Czułam się jak u siebie, czułam jakbyśmy już tą choinkę ubierali wcześniej. Myślami, duchem byłam tylko z Nim.
O wszystkim domyślała się tylko moja mama, która o nic nie pytała. 
Nie domyślał się nikt, kompletnie nikt z moich bliskich! 

 Przez całe Święta odzywaliśmy się do siebie po kryjomu. Kilka ostrożnych sms-ów, na wypadek gdyby ktoś przez przypadek pomylił mój telefon ze swoim, życzenia świąteczne. 
Nic więcej! Telefon był zimny, a moje kciuki wówczas odpoczywały.
Okres świąteczny ciągnął się jak nigdy. Dzielenie opłatkiem trwało w nieskończoność, prezenty pod choinką nie cieszyły w ogóle, a śpiewanie kolęd odbyło się w łazience z morzem wylanych łez. 
Nikt nic nie zauważył, oprócz matki, która co chwilę na mnie spoglądała.
Kolejne dwa dni upłynęły jak wcześniejsze Święta Bożego Narodzenia, z pilotem w ręku i zwieszoną miną na cały świat. Jedyną rozrywką było pytanie: 

-,,Jaki film oglądamy?"
Pytanie, które znałam na pamięć od dobrych 4 lat. 

 Wróciłam do pracy. 
Od godziny 9 rano gdy tylko miałam chwilę czasu, najczęściej podczas częstego korzystania z toalety, moje kciuki odżyły, a serce nareszcie zaczęło bić szybciej. 
Kończyłam po 17. W domu czekał na mnie ktoś inny. Bliski, chociaż zimny i nieobecny.

 31 stycznia nie miałam żadnych planów, zresztą jak co roku. 
Raz tylko byliśmy na sylwestrowej dyskotece. Jeden, jedyny raz przez 4 lata. 
 Pracę kończyłam o 14. 
Po pracy miałam jeszcze małe spotkanie u szefa, wzniesienie toastu i życzenia na Nowy Rok 2013. 
Ludzi w ten dzień kręciło się mało, zresztą wcale się nie dziwie, w końcu kobitki szykowały się na bal, a panowie zacierali ręce na kolejne wznoszenie toastów przy dźwiękach dobrej muzyki.
Siedziałyśmy w sklepie w trzy i plątałyśmy się o własne nogi. 
 Około godziny 11, zadzwonił mój telefon. 
Życzył mi wszystkiego dobrego, przekonywał żebyśmy spędzili ten Sylwester razem i w końcu przestali się ukrywać. Mówił o szczerości, obiecywał, że ten Sylwester będzie wyjątkowy. 

Był! 
Teraz wiem, że był to jedyny Sylwester, na którym ani minuty nie brakowało atrakcji.

Zakończył rozmowę, a ja wróciłam do krzątania się po sklepie słuchając w radiu Naszej piosenki: Gotye&Kimbra ,,Somebody That I Used To Know".

 Spojrzałam na zegarek w telefonie.
Jest po 12, także jeszcze dwie godziny i będę w domu.
Wcale mi się nie spieszyło. W ten dzień mogłabym zostać w pracy nawet do północy i witać ten Nowy Rok razem z przepełnionymi półkami od towaru.

 12.30 otwierają się drzwi. 
W drzwiach stoi ON, standardowo w dobrze dobranej, wyprasowanej koszuli z butelką szampana Martini w ręku.
Przecież się nie umawialiśmy? Nic nie wspominał, że przyjedzie, tym bardziej, ze dobrą godzinę rozmawialiśmy przez telefon!
Dziewczyny wiedziały, że się spotykamy zresztą nic dziwnego, skoro spędzały ze mną 6 dni w tygodniu po 8 czasami 9 godzin. 
 Nigdy wcześniej się tak nie bałam.
Bałam się, że w tym momencie na zakupy do sklepu przyjdzie moja bliska ciotka, która pewnie i tak w tym czasie siedziała na fotelu u fryzjera. Wuj, którego lata nie widziałam, bo ma ważniejsze sprawy niż kontakt z rodziną, bądź co gorsze zaraz pod sklepem zobaczę samochód z kierowcą, który zawsze po mnie przyjeżdżał, gdy był w domu. Tego dnia był. 
Nogi mi się trzęsły, a głos łamał na 107 kawałków. 
Podziękowałam za szampana, złożyliśmy sobie życzenia, złapaliśmy się za ręce i w oczach pojawiły się łzy. 
Łzy szczęścia zarazem cierpienia, ogromnego bólu, którego nie byliśmy w stanie przeskoczyć.
Nasza piosenka była wówczas hitem, leciała ponownie. 

 Odjechał. Było dobrze przed 14. 
Płakałam. Nikt i nic, nie mógł mnie powstrzymać. Wszystko puściło. 
Wszystkie te dni, rozmowy, ciepło!
Pieprzone łzy nie odpuszczały, a ja miałam ochotę wykrzyczeń na głos, że mam już dość! 
Wybiła godzina 14.
Musiałam otrzeć łzy, umyć podłogę, zamknąć sklep. Udać się do szefa, wznieść toast, uśmiechać się jakby pasowało mi, że idę już do domu.
Toast, życzenia trwały krótko. 
 Gdy wyszłam, na parkingu czekał na mnie samochód z kierowcą, do którego wsiadłam bez słowa, z zapłakanymi i czerwonymi oczami.
Chciałam zapomnieć, postarać się spędzić normalnie ten dzień, nic nie mówić, nadal oszukiwać samą siebie i bliskich. 
Jadać do domu, poprosiłam o zatrzymanie się w pobliskim sklepie, aby kupić coś do jedzenia, picia na ten wieczór, tak aby przenieść się do normalności, a życie księżniczki z bajki zostawić z tyłu, przynajmniej w tym dniu.
Nie udało się! 
Nastawienie drugiej osoby na moje plany, było tak pesymistyczne i tak przybijające, że gdy się nie obejrzałam, wiedziałam, że to właśnie koniec! 

Koniec mojego związku. Mojego życia w ukryciu. 
Koniec życia z osobą, która moje potrzeby odstawiała na drugi plan. 
Koniec z udawaniem, że jestem szczęśliwa.
Koniec wmawiania sobie, że tak będzie dobrze.
Koniec życia w "ramkach"
Bez względu na finał, postanowiłam zakończyć całe 5 lat znajomości/miłości/przywiązania. 

 Zanim się obejrzałam, dojechałam do domu.
Wysiadając z samochodu, pod samym domem, pożegnałam się, słowami:
- ,,Mam kogoś. Jestem szczęśliwa."

 Krzyczał, a ja obiecywałam sobie, że nigdy już nie usłyszę tego krzyku...
Niestety nie na długo...



cdn. 

D.

















Przeczytaj również

0 komentarze

Facebook

Prawa autorskie

Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć i tekstu, przetwarzanie (w całości lub części) bez mojej zgody. W przypadku nieuszanowania praw autorskich na podstawie art.78, art.81 Ustawy o Prawie Autorskim oraz prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r. sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.